Z Wrocławia do wielkich Chin

  • Z Wrocławia do wielkich Chin
  • Z Wrocławia do wielkich Chin
  • Z Wrocławia do wielkich Chin
  • Z Wrocławia do wielkich Chin
  • Z Wrocławia do wielkich Chin

Kto: Maciej Olbert

Kiedy: kwiecień 2014

Gdzie: Z Wrocławia przez Warszawę do Chin

Nigdy nie zapomnę: Z czym kojarzą Ci się Chiny? To pytanie zadawało mi po przylocie na olbrzymie lotnisko w Pekinie wielu Chińczyków. Choć na język cisnęły się skojarzenia z „fabryką świata”, smogiem i tandetą sprzedawaną w sklepach „wszystko po dwa złote”, mówiłem o Murze Chińskim, magnetycznych pociągach, ogromnych chińskich miastach, postaci Mao i rezerwatach pandy wielkiej. Gdy z kolei ja pytałem o mój kraj, najczęściej słyszałem tylko ogólnikowe: „Polska to wspaniałe państwo”. Jedną z cech chińskiej kultury jest wstyd przed niewiedzą, a co za tym idzie: „utratą twarzy”. Dlatego gdy pytamy o drogę, zawsze otrzymamy niezbędne wskazówki. Najczęściej jednak błędne. Portrety Mao Zedonga spotyka się niemal na każdym kroku, a spoglądający z nich władca – choć już od bliska czterdziestu lat spoczywa w kryształowej trumnie w mauzoleum na planu Niebiańskiego Spokoju – wciąż prześladuje swoim zimnym, przenikliwym spojrzeniem. Każdy banknot to Przewodniczący Mao w innym kolorze, mniejsze fotografie wiszą w prowincjonalnych zakładach fryzjerskich i rodzinnych sklepikach, większe – często oprawione w zdobione ramy – w bankach, urzędach, a nawet w biurze działu marketingu China Post. Codziennie kilkadziesiąt tysięcy Chińczyków przychodzi oddać hołd zmarłemu przywódcy, przechodzą kilkukrotnie kontrole bezpieczeństwa, kupują żółte chryzantemy, które następnie złożą przed pomnikiem Mao z białego marmuru, znajdującym się tuż przed wejściem do sali z sarkofagiem. Liczna ochrona nie pozwala się zatrzymać nawet na kilkanaście sekund, a przez dość nieudolnie rozłożone oświetlenie w sali autor Cz erwonej książeczki przypomina eksponat z muzeum Madame Tussauds. Chiński komizm w rodzaju Monty Pythona znalazłem w oddziale jednego z chińskich banków, gdy chciałem wymienić dolary na juany (pieniądze można wymienić tylko w bankach i niektórych hotelach). Nie mogę narzekać na jakość obsługi, jednak ogromna liczba wypełnionych dokumentów, kserokopii paszportu i wizy, wpisów do rejestru transakcji sprawiła, że wymiana kilkuset dolarów zajęła czterdzieści minut, wymagała zaangażowania dwóch pracowników i złożenia przeze mnie czternastu podpisów. Ta sytuacja przypomniała mi o próbie wysłania listu poleconego na przedmieściach Tbilisi – tam chodziłem od okienka do okienka i obsługiwało mnie aż pięć osób! Interesującym, aczkolwiek nieco komicznym rozwiązaniem jest chińska próba ograniczenia ilości samochodów w miastach. Przez jeden dzień w tygodniu samochód musi pozostać na parkingu, a użycie go grozi wysokim mandatem. Dla przykładu auta z numerem rejestracyjnym kończącym się cyfrą trz y nie mogą wyjechać na ulice metropolii we wtorek. Bogaci Chińczycy często obchodzą ten przepis, kupując drugi zestaw tablic do swojego samochodu. Rejestracja pojazdu też jest skomplikowana – sami Chińczycy śmieją się, że łatwiej wygrać na loterii, niż zdobyć tablice rejestracyjne. W Pekinie co miesiąc następuje losowanie (np. dziesięciu tysięcy tablic) wśród chętnych, natomiast w Szanghaju trzeba przystąpić do przetargu, nierzadko płacąc nawet pół wartości samochodu. W wielu miejscach na świecie zwracam uwagę na sprzedawców i ogólna kulturę „targowania się”. I tu muszę przyznać jedno: Chińczyk wygrywa zdecydowanie z Turkiem z Wielkiego Bazaru w Stambule, jak i z Żydem czy Arabem z ulic Starego Miasta w Jerozolimie. Tylko stoicki spokój i cierpliwość pozwolą nam uniknąć „podatku od białego”, czyli kupienia czegoś za absurdalnie wysoka cenę. Wspaniałą grę kupującego i sprzedawcy, czyli po prostu targowanie, spotyka się na każdym bazarze, ale i w normalnym sklepie – szczególnie z elektroniką. Pół godziny spędzone na targowaniu się może oznaczać nawet osiemdziesiąt procent „rabatu” – jednak i tak pozostanie niedosyt, że być może kolejne kilkanaście minut spędzone na wzajemnym obrażaniu się i rezygnacji z zakupu oznaczałoby jeszcze większy upust. Warto jednak zauważyć, że przyczyną takiego zawyżania cen są właśnie turyści, szczególnie ze Stanów Zjednoczonych, którzy nie ta rgują się i często płacą pierwszą usłyszaną cenę. Chińczycy zakładają bowiem, że biały człowiek jest nie tylko bogaty, ale i naiwny. Poznany Francuz był szczęśliwy, gdy utargował za bransoletkę dla żony czterdzieści juanów (ok. 20 złotych) z wyjściowej ceny wynoszącej 320 juanów – a sam zaoferował 250. Za podobną ozdobę zapłaciłem 40 juanów, kiedy usłyszałem cenę 280. Dlatego najważniejszą radą jest bycie twardym i nieustępliwym w targowaniu się – każdy sprzedawca bowiem zdaje sobie sprawę, że taki towar, jaki nas interesuje, znajdziemy na tysiącach innych stoisk, stąd sprzeda nam z zasady interesujący nas przedmiot za wszelką cenę, nawet z minimalnym zyskiem. Gdy chodzi się po ulicy, należy się przyzwyczaić do trochę innych zachowań Chińczyków, zdecydowanie odbiegających od naszych standardów kultury zachowania. W środkach komunikacji publicznej i restauracjach nie da się uniknąć odgłosów mlaskania, siorbania, bekania, charkania (długiego i przeciągłego), smarkania (najczęściej w palce) i spluwania pod nogi. Nie ma znaczenia wiek, wykształcenie czy wygląd – robi tak większość. Na tej samej ulicy, szczególnie na chińskiej prowincji, niemal nieustannie czułem się obserwowany przez wszystkich ludzi stojących wokoło. Biały człowiek jest dla Chińczyków ciekawym, wręcz intrygującym okazem, często wyróżniającym się kolorem włosów czy wzrostem. Tu nikt nie spogląda ukradkiem, najczęściej przypatruje się długo i wnikliwie, tak aby Europejczyk zauważył i odwzajemnił kontakt wzrokowy. Wiele osób robi zdjęcie, czasami strzelając fleszem z odległości kilkunastu centymetrów od twarzy – niektórzy proszą o zrobienie sobie wspólnej fotografii. Wiele starszych osób przyglądało się dokładnie, niemal każdemu kawałkowi skóry i ubioru, a towarzyszący im członkowie rodziny robili im zdjęcia z obcokrajowcem, co wprawiało niejednego staruszka w zakłopotanie. Z kolei dla mnie swego rodzaju szokiem było obejrzenie chińskiego programu typu „talent show”, w którym wystąpił Chińczyk, który posiadał gęsty zarost na klatce piersiowej i twarzy. I to był jego jedyny talent... Prawdziwym talentem mógłby się wykazać ten, kto z zawiązanymi oczami przeszedłby przez chińską ulicę – nawet przez przejście dla pieszych. Co prawda na większości skrzyżowań są światła, jednak pieszy nie ma tu żadnych praw – na drodze rządzi istne prawo dżungli, wygrywa zawsze silniejszy: ciężarówka z osobówką, ta ze skuterem, skuter z rowerem, a człowiek... no cóż – musi próbować swojego szczęścia. Miejscami przypominało mi to grę Frogger z dzieciństwa, gdzie trzeba było przejść żabą przez ruchliwą autostradę – z tą różnicą, że w Chinach tą żabą byłem ja. Samochody, riksze i skutery (w większości elektryczne) stosują się do świateł i ogólnych zasad ruchu drogowego, jednak tylko w przypadku, gdy chcą jechać prosto. Skręcający wjeżdżają na skrzyżowanie mimo czerwonego światła, dlatego nie wystarczy ślepo patrzeć na zielone światło dla pieszych. Dodatkowo miejscowi wyjątkowo polubili klaksony, stÄ …d bez względu na porę dnia ich dźwięki dobiegają z każdej strony. Z początku zastanawiał też brak graffiti czy... psów na ulicach. Związane jest to z polityką państwa, które ogranicza ilość psów w kraju – wprowadzając opłaty za ich posiadanie. Szczególnie surowe prawo obowiązuje w Pekinie, gdzie właściciele mogą wyprowadzać swoich pupili jedynie wieczorem i w nocy, a rejestracja psa kosztuje tysiąc juanów (ok. 500 złotych), roczny podatek – połowę tej kwoty. Wyjątek stanowią psy przewodnicy oraz psy, których właścicielami są samotnie mieszkające wdowy i wdowcy. Ciekawym przepisem jest maksymalna wysokość psa w kłębie, która nie może przekraczać 36 centymetrów – posiadanie większego wymaga załatwiania kolejnych zezwoleń i stania w kolejnych kolejkach... Chiny to kraj niezwykły, tak bardzo różny od znanego przez nas świata. Ale chyba nigdy nie można stwierdzić, że się spędziło za dużo czasu w Państwie Środka. Niezwykłe krajobrazy, bogata kuchnia i smak zielonej herbaty nie pozwalają o sobie zapomnieć. Dlatego już planuję kolejną podróż do największej fabryki świata...

Moja rada dla wylatujących z Wrocławia: Kupić zakład totolotka przed wylotem - podobno przynosi szczęście! ;)

Latam z Wrocławia bo: To najładniejsze lotnisko regionalne w Polsce! No i... Wrocław to moje miasto!

Udostępnij
0 3396

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>