Z Wrocławia do słonecznej i zaskakującej Hiszpanii

  • Z Wrocławia do słonecznej i zaskakującej Hiszpanii
  • Z Wrocławia do słonecznej i zaskakującej Hiszpanii
  • Z Wrocławia do słonecznej i zaskakującej Hiszpanii
  • Z Wrocławia do słonecznej i zaskakującej Hiszpanii
  • Z Wrocławia do słonecznej i zaskakującej Hiszpanii

Kto: Marek Kubacki

Kiedy: 13.VII.2011

Gdzie: Hiszpania

Nigdy nie zapomnę: Na lotnisku w Gironie (Girona) lądujemy w środę późnym popołudniem. Transport do Barcelony jest bardzo sprawnie zorganizowany. Autobusy "Barcelona Bus" są zsynchronizowane z przylotami samolotów. Ich stanowisko postojowe znajduje się zaraz przy terminalu lotniska. Odjeżdżają one w takiej ilości, by pomieścić wszystkich pasażerów samolotu. Oczywiście tych, którzy mają chęć dostać się w ten sposób do stolicy Katalonii. Bilet kosztuje 12 EUR. Jedzie się około godziny bez przystanków po drodze. Z autobusu wysiadamy na dworcu autobusowym "Barcelona Nord". On dalej nie jedzie. Stamtąd udajemy się koleją dojazdową do miejscowości El Prat de Llobregat. Tam będzie nasza siedziba na wypady do Barcelony.

Pierwszy dzień w Barcelonie. Deszcz pada od rana. Polski akcent tego lata. W połowie dnia jednak przestaje padać i zaczynają się nasze długie dwa tygodnie upałów. To jest to, co Misie lubią najbardziej. Pierwsze spostrzeżenia. Barcelona to miasto, które zachwyciło mnie architekturą. Ja jeszcze dużo nie widziałem, ale jednak... Dlaczego nie buduje się tak w Polsce? Poza tym, trzeba się przygotować na naprawdę sporą ilość turystów. To nie powinno dziwić, ale przez to Barcelona staje się miejscem, które trzeba zaliczyć i zapomnieć. A przecież nie o to w tym wszystkim chodzi...

Teraz o komunikacji miejskiej. Jest prawie wzorowa. Problemy zaczynają się przy oznaczeniach. Jest to chyba charakterystyczne dla całej Hiszpanii. Do oznaczeń kierunków trzeba podchodzić z podejrzliwością. Bardzo często jest tak, że kierunkowskaz (w tunelu metra, na drodze, na chodniku, na ścieżce itp.) jest ustawiony w dwuznacznym miejscu. I trzeba naprawdę upewnić się co do trasy, którą wskazuje. Ceny są różne, ale ogólnie mówiąc Barcelona to drogie miasto. Z tutejszymi specjałami spożywczymi daliśmy sobie spokój. Naszymi dostawcami żywności były głównie dyskonty. A jak ktoś lubi "kebab", to na ciepło można zjeść naprawdę tanio i smacznie... Ja nie jestem kulinarnym turystą i nie przywiązuję wagi do tego, co jem na wyjazdach. Muszę być tylko najedzony. A czym? To nie istotne. Byle by mnie nie zabiło - teraz lub za jakiś czas... Nasze zwiedzanie nigdy nie jest jakoś ściśle zaplanowane. Staramy się delektować odwiedzanymi miejscami. Ale różnie z tym bywa. Oczywiście, w miejscach gdzie jest dużo do zobaczenia, trzeba mniej więcej określić "kierunek zwiedzania", ale często bywa on modyfikowany w trakcie wędrówek.

Drugi dzień zaczynamy od kościoła Santa Maria del Mar. Poruszanie się po mieście ułatwia nam czterodniowy bilet na wszystkie środki transportu publicznego. Koszt 21 EUR/os. Jest on ważny na całą barcelońską aglomerację i na wszystkie miejskie środki transportu, łącznie z kolejami dojazdowymi. Ale uwaga! Ten bilet nie jest ważny od godziny skasowania, tylko od dnia skasowania. Czyli, ważność biletu skasowanego w piątek upływa w poniedziałek. Bez względu na godzinę skasowania. A, taka mała niesprawiedliwość... Co do aglomeracji. Barcelona jako miasto ma jeszcze przyległe, znacznie rozbudowane "twory miejskie". Są to osobne miejscowości (np. El Prat de Llobregat). Ale tak bardzo "przylegają" do stolicy, że czasami trudno określić czy to jeszcze Barcelona, czy już inne miasto. I tu pojawia się problem z planami miasta. Nie znalazłem mapy, która obejmuje całą barcelońską aglomeracje. Jest to spore utrudnienie, jeżeli dojeżdża się do centrum spoza głównego ośrodka miejskiego.

Trzeci dzień zaczynamy od wzgórza Tibidabo. Na tym wzgórzu jest park rozrywki z kościołem. Albo odwrotnie... Dostajemy się tam za pomocą samochodu osobowego, prowadzonego przez Izabelę - Polkę, u której mieszkamy w El Prat de Llobregat. Pozdrawiamy! Potem planujemy pojechać jeszcze raz na "Camp Nou". Dzień wcześniej nie udało nam się wejść na stadion (byliśmy po godzinie zamknięcia). Lecz tym razem pojawia się inna blokada. Cena... 22 EUR za oglądanie całego stadionu "FC Barcelona". Tylko po co. Nie ma możliwości zobaczenia samej płyty boiska i trybun. A mnie nie interesują szatnie, korytarze, loże VIP i miejsca pomeczowej toalety Leo Messi & Co. Gdybym jeszcze był fanem tego klubu... To nie pierwsze nasze rozczarowanie, podczas tej podróży, dotyczące cen nieadekwatnych do jakości atrakcji. O pozostałych napiszę w następnych postach. Powoli nasza wizyta w Barcelonie dobiega końca. Mnie osobiście to miasto rozczarowało. Poza architekturą nic mnie tu nie poruszyło. Klimat tego miasta jest jakiś taki przytłaczający... I jeszcze jedna rzecz. Wszystkie oznaczenia (transport, nazwy miejsc, kierunki itp.) są opisane w dwóch językach: hiszpańskim i katalońskim. Często nie jest zachowana uniwersalna kolejność tych oznaczeń i trzeba się nagimnastykować w odkrywaniu, o co w tym wszystkim chodzi...

Do Tarragony przyjeżdżamy w niedzielę rano. Podróż odbywa się pociągiem, w którym przeprowadzam ciekawą pogawędkę z czeskim podróżnikiem Davidem. Jakie te słowiańskie języki są do siebie podobne... W Tarragonie chcemy zostawić nasze duże plecaki w jakiejś dworcowej przechowalni bagażu, ale okazuje się, że oba dworce (kolejowy i autobusowy) nie posiadają takich przechowalni. Fatalnie... Chcieliśmy poświęcić cały dzień na zobaczenie Tarragony i wieczorem ruszyć do Walencji lecz nasz plan ulega modyfikacji i po zobaczeniu bliskich okolic reprezentacyjnej ulicy Rambla Nova, w południe udajemy się autobusem do Walencji (Valencia). Ważne linki: www.alsa.es - największe hiszpańskie linie autobusowe. www.renfe.com - hiszpańska kolej. Na tych stronach można sprawdzić połączenia (ich godziny i ceny) oraz zakupić bilety. A Tarragona na krótki rzut oka okazuje się ładnym i ciekawym miastem. Wartym bliższego poznania. I tylko tyle mogę na ten temat napisać. A! I jeszcze to, że bagaże można zostawić w przechowalni znajdującej się w Informacji Turystycznej. Tylko, że ta w niedzielę jest czynna do 14:00...

Do Walencji (Valencia) przyjeżdżamy późnym popołudniem. Miasto wydaje się trochę opustoszałe. Mimo, że już jest po sjeście. Z dworca autobusowego idziemy na poszukiwanie hostelu. W tych poszukiwania towarzyszy nam dwóch młodych podróżników z Turcji: Semih i Kaan. Nasze drogi jeszcze często będą się krzyżować aż do Grenady (Granada). Jest to bardzo interesujące spotkanie. Dochodzi do wymiany ciekawych informacji z odległych kręgów kulturowych... Naszą bazą w Walencji zostaje hostel "Indigo" przy ulicy Guillem de Castro. Za miejsca w 8 osobowym pokoju płacimy 15 EUR/os. Hostel jest przyjemny i w miarę czysty. Łazienki są koedukacyjne i trochę niepraktyczne (ciasne kabiny prysznicowe). Internet działa szybko i bezproblemowo. Jest możliwość wykonania wydruków (np. odprawy lotniczej). Za kaucją 10 EUR można otrzymać kłódkę do szafki depozytowej w sypialni. Oczywiście, tylko my Polacy z takiej możliwości skorzystaliśmy. Taka wrodzona polska psychoza, że "zabiorom". Obsługa jest miła i prawie kompetentna. "Prawie" dlatego, że zdarzył nam się mały incydent przy wymeldowaniu, ale wszystko dobrze się skończyło... Po krótkim ogarnięciu się, ruszamy na miasto. I zostajemy porażeni ponurością tego miejsca. Centrum wydaje się bardzo przytłaczające i jakieś takie chaotyczne...

Drugi dzień w Walencji. Jedziemy zobaczyć wybrzeże i najważniejsze (według mnie) miejsce w tym mieście: "Miasto Sztuki i Nauki". Tego naprawdę trzeba doświadczyć. Niesamowity architektonicznie kompleks tworzy niesamowity klimat, któremu poddaje się cała okolica i w powietrzu czuje się coś wyjątkowego... Do "Miasta Sztuki i Nauki" idziemy od strony portu torem Formuły 1. Nikt nas nie zatrzymuje, a mapa nie informuje o braku przejścia. Za ostrym zakrętem toru wyłania się ponad trzy metrowe ogrodzenie. Dla mnie to by była chwila, ale nie jestem sam... Po rozmontowaniu nożem kilku drucików ogrodzenie poddaje się i droga do "Miasta Sztuki i Nauki" zostaje otwarta. Prawie. Jeszcze tylko most kolejowy i mały parkan... Uff, udało się... Chodzi o to by się nie poddawać i iść cały czas do przodu... Walencja ma fatalnie zorganizowaną komunikację miejską. A w szczególności tą szynową. Zakup biletu na metro okazał się nie lada wyzwaniem. Niezrozumiałe i wykluczające się informacje na tablicach informacyjnych i w automatach biletowych. Dziwny system płacenia za bilety na metro, które nie wiadomo w jakim kierunku jedzie. Nie spodziewaliśmy się tego po takim mieście jak Walencja... Ale jedno trzeba przyznać. Transport autobusowy w Hiszpanii (przynajmniej na wybrzeżu Morza Śródziemnego) działa rewelacyjnie. Zero problemów z punktualnością i jakością usług. Przejazdy autobusami miejskimi (zazwyczaj bilet jednorazowy kosztował nie więcej niż 1,50 EUR/os.) i międzymiastowymi były na wysokim poziomie i nie mieliśmy w tym temacie żadnych problemów. Po całym dniu, pełni wrażeń, przychodzimy na dworzec autobusowy. Jest późny wieczór. Chcemy jechać do Almerii (Almeria), ale okazuje się, że na najbliższy autobus (o godzinie 00:30) wszystkie bilety są już wykupione. Następny jest po 03:00 rano. Zmieniamy plan. Jedziemy do Grenady. Almeria musi poczekać...

Z Walencji (Valencia) do Grenady (Granada) jedziemy autobusem ponad 8 godzin. Jest słoneczny poranek. Z dworca autobusowego udajemy się komunikacją miejską na ulicę Gran Via de Colon, która znajduje się w samym centrum Grenady. W hostalu "Sonia" przy tejże ulicy wynajmujemy pokój. Jest on dwuosobowy. Posiada łazienkę, TV, WiFi i klimatyzację. Cena: 15 EUR/os. Grenada oferuje bardzo korzystne ceny noclegów przy zachowaniu wysokiej jakości usług. Nasz hostal (hostal to coś pomiędzy hostelem a hotelem) nie odbiegał od tej reguły. Był czysty i miał miłą kompetentną obsługę. Do tego znajdował się w centrum miasta. Do tej pory w kontaktach z Hiszpanami wystarczał nam język angielski. Hiszpańskiego używaliśmy bardzo sporadycznie. Po przyjeździe do Grenady to się zmieniło. Teraz musiałem zacząć pracować na bardzo wysokich obrotach mózgowo-językowych. Mój hiszpański dopiero się "rozwija" i początki były ciężkie. Ale powoli się rozkręciłem i im bliżej było do powrotu do Polski tym lepiej radziłem sobie w tej materii. Pierwszy dzień w Grenadzie to spacer po starej dzielnicy Albaicin. Bardzo klimatyczne miejsce. Wąskie uliczki pośród starych, zabytkowych kamieniczek...

Drugi dzień w Grenadzie. Nasz główny cel: Alhambra. Pobudka o 07:00 rano - bo przecież ludzie stojący w kilometrowych kolejkach wykupią wszystkie bilety... Oczywiście była to tylko miejska legenda. Przy kasie jesteśmy po godzinie 09:00. Nie stoimy w żadnej kolejce. Bilety na cały kompleks Alhambry (13 EUR/os) kupujemy w iście ekspresowym tempie. Jesteśmy w środku... Ale Uwaga! Na bilecie jest wydrukowana godzina wejścia na teren Pałaców Nasrydów. Trzeba ściśle przestrzegać tej godziny. Kto nie przestrzega, ten nie zwiedza... Grenada.

Dzień trzeci. Znowu pobudka o 07:00 rano. Jestem na wakacjach, a czuję się jakbym wstawał do pracy. Po 08:00 jesteśmy na dworcu autobusowym. Na śniadanie spożywamy kawę i pączka hiszpańskiego w dworcowym barze. Trzeba przyznać, że ceny w restauracjach i barach w Andaluzji (Andalucia) są bliższe naszej kieszeni. A do tego zwykła standardowa hiszpańska kawa podawana w zwyczajnym osiedlowym punkcie gastronomiczny smakuje nieporównywalnie lepiej niż produkty kawopodobne w Polsce, podawane w tak zwanych "renomowanych" kawiarniach. Natomiast z piwem jest trochę inaczej. W hiszpańskim upale każde zimne piwo będzie smakować rewelacyjne. Ale moje subiektywne poczucie smaku mówi mi, że piwo z małego niezależnego polskiego browaru jest zdecydowanie lepsze. Takie gastronomiczne spostrzeżenia... Po śniadaniu wsiadamy do autobusu, który zawozi nas do Schroniska Uniwersyteckiego (2475 m n.p.m.), znajdującego się nad turystycznym miasteczkiem Solynieve (Pradollano). Jesteśmy w Sierra Nevada. Nasz cel: szczyt Veleta (3396 m n.p.m.). Podejście jest niby proste, ale bardzo zdradliwe, jeżeli chodzi o poczucie bliskości celu. Trzeba naprawdę ostrożnie szacować odległość do szczytu. Złe oszacowanie może bardzo wydłużyć wędrówkę w czasie. A z czasem trzeba się tu liczyć, ponieważ autobus powrotny do Grenady jest tylko jeden (poza "sezonem", ale "sezon" to tutaj zima). Autobusy pomiędzy Grenadą a Sierra Nevada obsługuje firma "Autocares Bonal". Bilet w jedną stronę kosztuje 5 EUR/os. Odjazd z Grenady jest o 09:00 rano. Czas jazdy: niecałe półtorej godziny. W drogę powrotną autobus rusza o godzinie 17:00 z parkingu Schroniska Uniwersyteckiego. Jedzie około 1 godziny. Powyższe informacje dotyczą okresu letniego...

Wracamy do Grenady. Jeszcze jedną noc spędzamy w hostalu "Sonia". A rano, następnego dnia, ruszamy do Almerii (Almeria)... System komunikacji tramwajowej w Grenadzie jest budowany od podstaw... Droga z Grenady (Granada) do Almerii (Almeria) prowadzi przez zmieniające się krajobrazy. Jadąc wśród zalesionych wzgórz powoli zaczynamy się przyzwyczajać do skalistych zboczy, a następnie przemierzamy pustynny krajobraz, który przed samą Almerią pokrywa się szarą folią. To specjalne "szklarniowe" uprawy warzyw, ze szczególnym naciskiem na pomidory. Rozciągają się na wiele kilometrów wokół Almerii i przez to tworzą dość ponury klimat, który dominuje nad tą okolicą... W Almerii zatrzymujemy się w hostalu "Maribel" przy ulicy/alei Federico Garcia Lorca. Standard pokoju podobny do tego w Grenadzie, czyli: dwuosobowy z łazienką, TV, WiFi i klimatyzacją. Cena: 18 EUR/os. Bardzo miła obsługa, która mówi tylko po hiszpańsku. Hostel jest trochę oddalony od ścisłego centrum oraz od dworca kolejowo-autobusowego. Ale zielona aleja Federico Garcia Lorca rekompensuje tę niedogodność...

Sama Almeria jest dość prowincjonalnym miastem. Odnosi się wrażenie wszechobecnego marazmu. Mimo kilku wizualnych atrakcji nic nie przyciąga do tego miasta na dłużej. Ale na pewno warto zwiedzić twierdzę Alcazaba oraz pospacerować po starym mieście. Almeria na pewno będzie świetną bazą wypadową dla zmotoryzowanych, bo prawdziwe atrakcje czekają na turystów poza granicami miasta. Chociaż znowu mamy tu do czynienia z wygórowaną ceną do jakości atrakcji. Dotyczy to głównie pseudomiasteczek rodem z dzikiego zachodu. Są to pozostałości po planach filmowych "spaghetti westernów". Za oglądanie atrap domów trzeba zapłacić około 20 EUR/os. Myślę, że można sobie darować tą wątpliwą atrakcję. Zwłaszcza, że cały ten region do tej pory jest wykorzystywany jako plan filmowy i na każdym kroku można znaleźć jakieś pozostałości po ekipach z branży kinematograficznej. Są nawet wyznaczone specjalne szlaki tematyczne związane z różnymi produkcjami filmowymi...

Mimo, że Almeria nie przypadła nam do gustu, z perspektywy czasu muszę subiektywnie stwierdzić, że jest to jedno z najciekawszych miejsc, w jakim dane nam było przebywać. Ponurość tego miasta sprawia, że nad okolicą unosi się swoista aura tajemniczości. Prawie na każdym kroku wyczuwamy, że Almeria to zapomniane miejsce, ale dzięki temu obcujemy z prawdziwą Hiszpanią, a nie tą "robioną" pod turystów. Tych tutaj jest bardzo mało, a nam taka sytuacja wyjątkowo odpowiadała. Drugi dzień w Almerii to wyjazd do El Cabo de Gata. Jest to skromne małe miasteczko z długą piaszczystą plażą. Plan na ten dzień był taki, żeby w końcu "zaliczyć" kąpiel w Morzu Śródziemnym. Po tym doświadczeniu wiemy, że plażowanie nie należy do naszych ulubionych zajęć. Tak naprawdę była to dla nas strata czasu. Żałujemy teraz, że nie obeszliśmy okolic El Cabo de Gata, ponieważ są tego warte. Ale przynajmniej będziemy mieli powód, żeby tutaj jeszcze wrócić. Z Almerii do El Cabo de Gata i San Jose można się dostać autobusem. O rozkładzie i cenach należy dowiadywać się na dworcu kolejowo-autobusowym lub w informacji turystycznej znajdującej się przy ulicy Parque de Nicolas Salmeron. Almerię opuszczamy po dwóch nocach spędzonych w hostalu "Maribel".

Wczesnym rankiem udajemy się autobusem do miejscowości San Jose. Jest to średniej wielkości miasteczko wypoczynkowe. Nie jest tak bardzo skażone przemysłem turystycznym, ale na pewno jest tu więcej turystów niż w Almerii. Najciekawsze rzeczy znajdują się wokół San Jose. Są to głównie miejsca niegdyś odwiedzane przez ekipy filmowe. I nie ma się czemu dziwić, są bardzo malownicze. Wszystko to znajduje się w granicach Parku Naturalnego "Cabo de Gata". W San Jose spędzamy dwa dni. Nasz nocleg ma miejsce w Schronisku Młodzieżowym "San Jose" przy ulicy Montemar. Cena za noc wynosi 14 EUR/os., niezależnie od ilości łóżek w pokoju. Schronisko mieści się w przyjemnym parterowym budynku. Obsługa jest bardzo miła i włada kilkoma językami (hiszpańskim, francuskim, angielskim), ale trzeba trafić na osobę, która zna akurat "nasz" język. W schroniskowym barze leci klimatyczna muzyka i można w błogim stanie sączyć piwo na patio. Do tego możemy korzystać z internetu przez WiFi. Jeden minus to prysznice - jest w nich bardzo słabe ciśnienie. Pierwszy dzień w San Jose zakończył się dla mnie źle. Wyposzczony po suchych latach w Polsce, chciałem w końcu posmakować "prawdziwego" morza. Ale wchodząc do wody zapomniałem o słońcu. Spalony żarem nabawiłem się lekkiego udaru. Jest to nauczka na resztę życia. Mam nadzieję, że skuteczna...

Drugi dzień w San Jose to wędrówka wzdłuż wybrzeża w stronę latarni morskiej Cabo de Gata. Po drodze mijamy miejsca, w których kręcono m.in. części "Dolarowej trylogii" Sergio Leone oraz sceny do filmu "Indiana Jones i Ostatnia Krucjata". Idziemy drogą, po której jeździ autobus miejski dowożący ludzi na największe plaże San Jose: Los Genoveses i Monsul. Po drugiej nocy spędzonej w San Jose, bardzo wczesnym rankiem, wyruszamy autobusem do Almerii. Tam, na dworcu kolejowo-autobusowym, spożywamy nasze "hiszpańskie śniadanie" (pączek i kawa) i wyruszamy w dalszą drogę. Tym razem koła autokaru niosą nas do Malagi (Malaga)... Jedziemy z Almerii (Almeria) do Malagi (Malaga). Im bliżej jesteśmy celu, tym większe ośrodki turystyczne zaczynają się pojawiać za oknami naszego autobusu. To Costa Del Sol. Najbardziej skomercjalizowane turystycznie miejsce w Hiszpanii. Fabryka opalenizny osnuta nudą, która wije się nad gorącym piaskiem i skwierczy odbłyskami pośród fal... Malaga odbiega od tego wizerunku. To naprawdę przyjemne miejsce. Chociaż do końca nie wiemy dlaczego wyjątkowo przypadło nam do gustu... Jest to miasto z długą historią. Nie za piękne i nie za brzydkie. Rozwijające się. Posiadające wiele interesujących zakątków. Po prostu: ciekawe. W Maladze jesteśmy wczesnym popołudniem. Z dworca autobusowego kierujemy się do centrum. Okazuje się, że znalezienie taniego noclegu w Maladze nie będzie należało do łatwych zadań. Hostale w centrum się cenią, mimo że nie zapewniają takich standardów jak te w Grenadzie (Granada) czy Almerii. Po około dwóch godzinach znajdujemy hostel "Residencia Malaga Backpackers" przy ulicy Jeronimo Bobadilla (boczna Heroe De Sostoa). Hostel mieści się w nieciekawej, ale swojskiej dzielnicy: wśród blokowisk, obok drogi na lotnisko, niedaleko plaży. Za pokój dwuosobowy płacimy 18 EUR/os. Łazienki są wspólne - jedna dla każdego piętra. To są suche fakty.

Teraz wrażenia... I tak, pierwsze wrażenie jest dobre. Niesmak pojawia się po pierwszej dobie. Obsługa jest miła, ale nie radzi sobie (może nie chce) z nieokrzesanymi mieszkańcami. W nocy jest naprawdę głośno. Na korytarzach słychać bezsensowne krzyki w różnych językach. Pijane międzynarodowe to warzystwo bawi się do późna w "salonie", który nie jest odpowiednio odcięty dźwiękowo od części sypialnej, a imprezy są organizowane codziennie. Hostel jest brudny i zaniedbany. Internet (WiFi i stanowiska stacjonarne) dostępny tylko w "salonie". Wspomniany "salon" połączony jest z kuchnią - bardzo przestrzenne miejsce i nawet przytulne w ciągu dnia, ale wieczorami zamienia się w dyskotekę i przestaje być dostępne dla osób chcących tylko zjeść, albo się wyciszyć po całym dniu. Pokoje są tandetne, a wieczorna podróż do łazienki naraża nas na obijanie się na korytarzu o nietrzeźwych współmieszkańców. Wspólne lodówki są przepełnione i znika z nich jedzenie... Pierwszy dzień w Maladze spędzamy na lekkim spacerze po centrum. Oglądamy portowe nabrzeże i okolice Katedry. Drugi dzień zaczynamy od kawy w osiedlowej "Kawiarni Manolo". Bardzo klimatyczne miejsce dla kogoś kto lubi swojskie "blokerskie" klimaty.

Specyficzne klimaty... Tak nam się one spodobały, że spędzaliśmy tam każdy poranek na kawie. I jeden wieczór na piwie... Naładowani pozytywną energią idziemy w miasto. Poznajemy bliżej centrum i zwiedzamy Muzeum Pabla Picassa - chyba najbardziej oznakowane zakazami miejsce w jakim byliśmy, z ochroną jak na lotnisku (łącznie z prześwietlaniem bagaży). Ale warto je zwiedzić. Wstęp: 6 EUR/os. Potem idziemy ścieżką, która prowadzi do miejsc związanych z tym malarzem. Pablo Picasso urodził się w Maladze i przeżył tu kilka lat swojego młodego życia...

Malaga. Dzień trzeci. Tym razem nasze kroki kierujemy do Alcazaby. Kolejnej arabskiej twierdzy na naszym szlaku. Potem jemy szybki obiad i uderzamy na zamek Gibralfaro. Cena za łączony bilet do obu miejsc: 3,45 EUR/os. Posiłek w tym drugim przypadku okazał się bardzo pomocny, ponieważ by zwiedzić ten zamek trzeba wspiąć się krętą ścieżką na dość strome wzgórze. Sam obiekt nie zabija atrakcyjnością, ale z jego murów roztaczają się piękne widoki na Malagę i jej okolice. Powoli opuszczamy Hiszpanię. Czwartego dnia w Maladze udajemy się na pożegnalny spacer po świątyniach konsumpcji w poszukiwaniu mijającego nieubłaganie czasu. Mimo znajomości wad tych miejsc, próbujemy ostatnimi chwilami wchłonąć trochę innej cząstki zwyczajnej Hiszpanii. Żal nam stąd wyjeżdżać. Fakt, nie jest to miejsce idealne, ma wiele rys i skaz, ale dzięki temu jest bardzo swojskie. Taka Polska w gorącym klimacie.

A na koniec nasze małe spostrzeżenie: Hiszpanie w sposobie bycia przypominają trochę Polaków, tylko rzadziej się uśmiechają... Ponieważ nasz lot do Polski jest zaplanowany na późne popołudnie, chcemy do tego czasu gdzieś przechować nasze duże plecaki. W hostelu ("Residencia Malaga Backpackers") chcą za tę usługę 2 EUR za sztukę, a przechowalnią ma być ogólnodostępny "salon". Za 3,50 EUR wynajmujemy skrytkę na dworcu kolejowym... Na lotnisko jedziemy koleją dojazdową. Do pociągu wsiadamy na centralnym dworcu kolejowym. Koszt przejazdu: 1,40 EUR/os.

Moja rada dla wylatujących z Wrocławia: Nie zastanawiaj się nad kierunkiem. Wsiadaj i leć...

Latam z Wrocławia bo: Mieszkam we Wrocławiu i mam blisko na lotnisko...

Udostępnij
0 3031

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>